Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

24.10.2016

Czas na zmianę wyspy - kolejna w planie jest Tahaa. Leży ona na wyciągnięcie dłoni, bo wraz z Raiateą tworzą jakby jeden atol otoczone tą samą barierą koralową. Zatem i następny port nie leży zbyt daleko, nieco ponad godzinę drogi którą pokonujemy pod samą genuą. W końcu udaje się chwilę pożeglować bez silnika, bez fali, bez znacznego przechyłu. „Prawie jak na mazurach” - jak to stwierdził Marcin.

Pierwszą boję postojową łapiemy u wejścia do zatoki Apu. Na brzegu pomimo iż znajduje się może kilkanaście gospodarstw wytworzyła się całkiem niezła infrastruktura turystyczna dla przybywających żeglarzy. Lądujemy z Arturem, Natalią i Patrycją pontonem na niewielkim pomoście restauracji, w której przez cały dzień można raczyć się lokalnymi drinkami mniej lub bardziej alkoholowymi, a wieczorem zjeść sowitą kolację składającą się z kilku dań. Nawet przez chwilę zastanawialiśmy się czy nie zasiąść tu wieczorem do uczty, ale cena trzystu złotych od osoby przerosła nasze najśmielsze wyobrażenia. To tyle ile kosztuje jedno nurkowanie, a ja tu wszystko porównuję do wartości właśnie tej atrakcji. Zjem zatem na łódce, a pieniążki odłożę na kolejne podwodne przygody.

 

Patrycja negocjuje cenę obiadu w knajpie.

 

Odwiedzamy jeszcze sklepik z perłami – na ceny już nie będę narzekał, ale zwracam tam uwagę na piękny domek w którym zorganizowana jest mała galeria pereł oraz ich sprzedaż. Po drodze kupujemy jeszcze lody w przydrożnym małym butiku i możemy wracać na jacht. Oddajemy cumę z boi i ruszamy w kierunku największej atrakcji tej wyspy.

Pierwszy raz o „Coral Garden” usłyszałem od Tomka z jachtu Selma Expedition jeszcze w Patagonii. To było pierwsze z kilku miejsc na Pacyfiku które mi wskazał i określił jako „najlepsze snorkowanie w życiu”. Naniesiony z tym opisem znak na mojej mapie czekał spokojnie przez pół roku aż do niego dotrzemy. O tym miejscu wspominała także Patrycja z Donazity, kobitki prowadzące centrum nurkowe w Raiatei, sąsiad Amerykanin z ostatniej mariny oraz jeszcze kilka osób które ostatnio napotkaliśmy podczas podróży. Musicie tam być – mówili, więc jesteśmy.

Z boi na której zacumowaliśmy do koralowego ogrodu jest ponad mila drogi którą pokonujemy naszym desantowym pontonem. Miejsce to znajduje się pomiędzy dwoma niewielkimi wysepkami znajdującymi się na obrzeżach atolu – Tautau i Maharare. Na pierwszej z nich znajduje się jedyny chyba na wyspie Resort (hotel), druga jest znacznie mniejsza i nie zamieszkała. W przesmyku pomiędzy nimi natura wybudowała las, a właściwie wspomniany ogród różnego rodzaju korali. Niektóre są tak płytko, że aby nad nimi przepłynąć muszę wciągnąć brzuch i się nieco przeciskać, inne zaś tworzą niewielki kanion w którym występuje dość mocny prąd z którym można podryfować. Ale to co stanowi faktycznie o niepowtarzalności tego miejsca to świat tutejszych ryb. Powiedzieć że to akwarium to zbyt mało. Znajdują się tu niesamowite ilości różnorodnych rybek, od malutkich mających dwa, może trzy centymetry po solidne nawet półmetrowe okazy, wszystkie w bardzo różnorodnych kolorach. A teraz najważniejsze - te rybki wcale nie boją się ludzi, wręcz chcą się z nimi pobawić albo przynajmniej są bardzo ciekawskie. Marcinowi dwie takie małe zaczęły nawet dziobać szkiełko w masce nurkowej, a ja jak się złapałem za kawałek korala od razu otoczony byłem jakimiś czarnymi pielęgnicami które lekko dziobały mnie w rękę krzycząc „puszczaj, to mój koral”. Płynąc tak pod niewielki prąd niejednokrotnie byłem otoczony niewielką ławicą żółtych rybek które wyprzedzały mnie manewrując pomiędzy  nogami i rękami, zerkając co robię i wiercąc się tuż przed moimi oczami. Wrażenia obcowania w tym „akwarium” są niesamowite, a zachowania ryb niespotykane dotychczas w naszej podróży. Oj, coś czuję że jutro nikt z nas nie będzie wychodził z wody.

Tuż przed pełnym zanurzeniem

 

25.10.2016

Przeczucia mnie nie myliły. Na snorkowanie do Coral Garden wybieramy się i przed i po obiedzie. Pływanie pośród niesamowitych koralowych labiryntów wraz z setkami różnokolorowych rybek jest tak relaksujące, że mógłbym chyba robić to codziennie.

Natalia przypadkowo odkrywa, że zabawa niewielką muszelką dopiero co podjętą z dna przyciąga do niej dziesiątki żółtych płaskich rybek, które podążają za muszelką myśląc zapewne, że można z niej podziubać jakieś jedzonko. Tym wabikiem bawimy się po kolei wszyscy, a wrażenie bycia dosłownie otoczonym chmarą rybek jak z bajki jest niesamowite.

Płynąc wzdłuż ściany koralowej napotykam zawsze groźnie wyglądającą murenę. Skubana wyszła a właściwie wyskoczyła ze swojej kryjówki prosto w moją stronę i pokazała swe ostre zębiska. Od razu wywołała u mnie odruch ucieczki, a teraz zastanawiam się, na ile one są groźne i co by się stało gdyby mnie ugryzła – muszę poszukać coś o tym w internecie przy najbliższej okazji (BTW – poszukałem, no i ugryzienie może być groźne, ale jest dość rzadkie, atakują w ostateczności, gdy czują się bardzo zagrożone).

 

Jedna rybka, dwie rybki, trzy, cztery… chyba się pogubię…

 

Wieczorem udajemy się do pobliskiej wioski na mały spacer, ale niewielki sklep oraz food truck który tym razem okazał się smakowo klapą nie pozostawią u mnie wyjątkowych wspomnień. Tym bardziej, że okolica jest jakaś taka „normalna”, a może to nam już opatrzyły się tutejsze bajkowe widoki, w końcu po wyspach Pacyfiku kręcimy się już od czterech miesięcy.

26.10.2016

Prognoza zapowiada na dziś nieco mocniejsze wiatry północno-zachodnie. Już nie pamiętam kiedy ostatnio wiatr wiał z kierunków zachodnich, chyba jeszcze przed wyspą Wielkanocną, czyli wieki temu. A ponieważ stoimy w zatoce otwartej na zachód, wypadałoby się nieco lepiej schronić przed tym wiatrem, najlepiej gdzieś z drugiej strony wyspy. Wyruszamy więc rano i opływamy wyspę Tahaa od północy, chowając się do największej zatoki – Haamene, na końcu której znajduje się wieś o tej samej nazwie. Krótka popołudniowa inspekcja lądowa dostrzega typowe obiekty każdej polinezyjskiej miejscowości średniego rozmiaru  (średni rozmiar tutaj to około 100-200 mieszkańców). Dostrzeżono dwa sklepy, pocztę, szkołę, urząd miasta (albo raczej urząd wsi), kawałek nabrzeża betonowego z małymi lokalnymi łódeczkami, kościół (trochę zrujnowany) i cztery ulice na krzyż (skrzyżowań naliczono dwa). Trochę nuda, pozostało więc nam raczyć się na łódce tostami przygotowanymi przez Magdę oraz notorycznie otwierać / zamykać wszystkie okienka (dziób, WC, cztery w mesie, trzy w kambuzie, trzy na rufie i jedno w bosmance)  przy okazji przechodzących nad nami co dziesięć minut przelotnych deszczach.   

Małe poprawki na maszcie, Grześ w najwyższej formie (to zdjęcie zrobił Marcin).

 

 27.10.2016

Prze całą noc przewalały się nad nami chmury, deszcze i porywiste wiatry, ale nad ranem się uspokoiło, więc możemy kontynuować zaplanowane wcześniej odwiedzenie największej miejscowości na wyspie – Patio. Rzucamy kotwicę nieopodal niewielkiego porciku i udajemy się na ląd. Trasa wycieczki wiedzie w lewo do końca miejscowości, a potem w prawo do jej drugiego końca. Razem może kilometr drogi. Daje się zaobserwować poważne przygotowania do nadchodzącej imprezy roku. Otóż na początku listopada tu i na sąsiednich wyspach odbywa się wielki wyścig na tradycyjnych polinezyjskich łodziach – pirogach. Składa się on z kilku etapów liczących sobie po kilkadziesiąt kilometrów każdy, to co najmniej cztery godziny wiosłowania. Jeden z etapów kończy się właśnie tutaj, więc wzniesiono całkiem dużą halę którą aktualnie w środku przyozdabiają kwiatami i liśćmi. Obok wyrastają niewielkie stoiska, zapewne handlowe oraz zaplecze imprezy. Zapowiada się na niezły bal, może tu wpadniemy to poobserwować.

 

„Mały” obiadek na mieście – food truck’i nacierają.

 

Poza tym odhaczamy standardowe punkty tego typu wycieczek, tj. lody Magnum w pobliskim sklepie, zdjęcie kościoła, placyk miejski na którym podglądamy lokalną młodzież, spacer wzdłuż drogi otoczonej tysiącami niewielkich nor w których skrywają się kraby, odpoczynek na ławeczce z widokiem na lagunę i Wassyla kołyszącego się nieopodal na kotwicy. A w oddali widnieje Bora-Bora, kolejny cel naszej tułaczki.

 

Pośród łodzi va'a nadawał Bolo

 


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.