Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

13.10.2016

Pierwsze miejsce postoju na wyspie Huahine wybrałem dość nietypowe – pomiędzy niewielką wąską wyspą Murimahora chroniącą wewnętrzną lagunę przed oceanicznymi falami, a górzystą drugą co do wielkości wyspą atolu Huahine Iti. Wąski przesmyk prowadzący w to miejsce staje się coraz płytszy i w pewnym momencie musimy się zatrzymać i rzucić kotwicę, gdyż przed nami znajdują się już tylko płytkie korale lub głazy.

 

Gdy stwierdziliśmy że kotwica trzyma mogłem się porządnie rozejrzeć dookoła. Wprawdzie znam to miejsce dość dobrze z różnych opisów żeglarskich których zdążyłem zebrać wiele przed i podczas wyprawy, a także z Google Earth i innych dostępnych zdjęć. Dla mnie to rutyna, bo przygotowując nasz plan podróży na kolejne dni staram się nic nie pozostawiać przypadkowi, ale mimo wszystko to nie to samo co „obraz na żywo”. Po prawej ku górze wznoszą się zielone zbocza osiągające kilkaset metrów, po lewej zaś wąska nieco zarośnięta wyspa z widocznymi niewielkimi piaszczystymi plażami oraz dostępem do wewnętrznej laguny jak i oceanu. Gdzie niegdzie poupychane niewielkie domki okolicznych mieszkańców, choć trudno określić aby znajdowała się tu jakaś wieś.

 

Niewielka wysepka w wejściu do laguny Huahine

 

Dla mnie największą atrakcją w tym miejscu ma być snorkowanie na pobliskich rafach ciągnących się przez prawie dwa kilometry. Tyle przynajmniej odczytałem i zinterpretowałem ze zdjęć satelitarnych. Kolor wody, ten na zdjęciach i ten w rzeczywistości jest bajkowy – od jasno niebieskiego poprzez turkusowy do granatu. Ponieważ dotarliśmy tutaj grubo po południu, całą zabawę jak to zwykle ostatnio bywa rozpoczniemy jutro tuż po śniadaniu. Słońce powinno być już dość wysoko i ładnie oświetlać nam kolorowe rybki kręcące się dookoła korali.

 

Widok z jachtu na Motu Murimahora

 

14.10.2016

Tak jak zaplanowaliśmy tak też robimy. Po śniadaniu pakujemy na ponton cały sprzęt, a nie jest wcale tego tak mało. Maski, rurki, płetwy, kusza Marcina o imieniu Bronek, pasta do zębów którą smarujemy maski aby nie parowały, kamerka GoPro, mała kotwica do pontonu, łańcuch do kotwicy, lina do kotwicy, butelka wody, wiadro, dodatkowy zbiorniczek z benzyną i… to już chyba wszystko. Magda dziś robi za kierowcę pontonu a my z Natalią i Marcinem snorkujemy. Popłynęliśmy pod prąd dobry kilometr od jachtu i tam wskakujemy do wody. Z prądem dość fajnie się pływa, bo niewiele trzeba machać nogami a i tak człowiek dość żwawo przesuwa się do przodu. Gorzej jak Cię coś zainteresuje chcesz zawrócić i chwilę w miejscu zabawić, to już nie takie proste. Ale póki co nie ma takiej potrzeby.

Przejrzystość wody na wzorowym poziomie tylko koral jest obumarły, a rybki trafiają się niezwykle rzadko. Płyniemy tak powoli w kierunku jachtu podpływając czasem bliżej brzegu a czasem bliżej głębszej wody szukając czegoś ciekawego pod wodą. Dopiero gdy dopłynęliśmy za rufę Wassyla trafiamy na nieco bogatszy koral i kolorowe rybki żyjące wokół nich. Kiedyś usłyszałem, że takie rybki całe swoje życie toczą wkoło jednego lub kilku pobliskich korali. Nie są więc rybkami wędrowniczkami, zaspokaja ich penetracja obszaru około dwudziestu metrów kwadratowych. Przyznam, że mnie to zaskoczyło.

Próbuję tym razem nagrać kamerką film w rozdzielczości 4K o tych małych podwodnych rybkach. Tylko czy na moim komputerze będę w stanie obrobić tak duży objętościowo materiał?  Procesor się pewnie przegrzeje, a jeśli nawet uzyskam jakiś pozytywny rezultat to nawet nie będę miał jak go obejrzeć w pełnej rozdzielczości, bo tą posiadają najczęściej najnowsze telewizory 4K. Póki co mogą to obejrzeć posiadacze Samsung Galaxy S11 i kolega Stasiu na swoim wielkim monitorze u nas na Wydziale. Póki co pozostało zbierać dokumentację wideo. Pokręciliśmy się dobrą godzinkę wkoło tych raf i wróciliśmy na jacht. Wszystkie cele zrealizowane więc kotwica w górę i płyniemy do największej miejscowości na wyspie – Fare.

 

Nasze kotwicowisko w Fare

 

To musi być jakieś ciekawe miejsce, tak zgaduję po liczbie jachtów na dwóch pobliskich kotwicowiskach, jest ich razem kilkanaście, co nie często się zdarza o tej porze roku. Rzucamy kotwicę ledwie znajdując trochę miejsca dla siebie i po obiedzie schodzę na ląd. Może to i największa miejscowość na wyspie, ale to wcale nie oznacza że to jakieś miasto. Raptem kilka ulic, wzdłuż najważniejszych ulokowane są sklepy, ze dwie knajpki, i domowa destylarnia. Nietaktem byłoby do niej nie wstąpić, a jeszcze większym obciachem nie spróbować oferowanych tam trunków. Przyznać muszę, że likiery zacne, smaki intensywne, a w głowie po wielu degustacjach trochę już szumi. Zakupiliśmy dwie butelczyny o najlepszym smaku, ta moja będzie idealna z okazji zbliżających się urodzin. Póki co wylądowała w bakiście.

Wieczorem robimy grila. Tym razem już bez przeszkód przy rozpalaniu, a co ważniejsze całą załogą. Są piersi z kurczaczka, udka kurczaczka, cienkie kiełbaski o trzech smakach oraz płaty boczku. Do tego sałatki, sosik tzatzyki, i inne dobrocie. Mianowałem się na ochotnika strażnikiem ognia i mięs, więc większość czasu byłem dodatkowo opalany żarem i okopcony dymem. Ale jak to mawia przysłowie „kuchnia się zawsze wyżywi”, przeto wpałaszowałem trzy duże kawałki kurczaka bez chleba, bo kto by jadł w takiej sytuacji chleb.

 

Grill – polski sport narodowy (sam grill tak jak i ja na uboczu).

 

15.10.2016

Po wczorajszym grillu część załogi przeżywa od rana ból istnienia. Mnie po coli aż tak nie boli, więc od rana kombinuje co by tu porobić. Udaje mi się namówić Natalię i ruszamy pontonem na pobliskie rafy szukać rybki Nemo. Znów przeżywamy pewne rozczarowanie, koral skamieniał a rybek niewiele. Mimo wszystko spędzenie w wodzie godzinki lub dwóch działa relaksująco i orzeźwiająco, więc chęci do dalszych wodnych eksploracji mi nie ubywa.

Jest jeszcze jedna rzecz która przyjemnie orzeźwia – lody Magnum. Na nasze szczęście w chwili obecnej na Polinezji trwa ich promocja i jeszcze przez miesiąc ich cena jest sztywno ustalona na dwieście franków, czyli osiem złotych. To i tak niewiele, bo wcześniej na Markizach czy Tuamotu potrafiły kosztować dwa razy więcej. Tak więc dzień kończymy oblizując do końca patyczek który pozostał na koniec smacznej konsumpcji.

17.10.2016

Po zatankowaniu wody do pełna i uzupełnieniu zapasów świeżych warzyw, owoców i bagietek ruszamy na południe wyspy. Wiatru jak na lekarstwo więc spokojnie motorujemy. Zatrzymujemy się mniej więcej w połowie drogi, tuż obok piaszczystej plaży i niewielkiej wysepki otoczonej koralem. Tym razem rybek jest dużo więcej, tak więc spędziliśmy odpowiednią dawkę czasu leżąc niemal plackiem na powierzchni wody i obserwując jak się toczy podwodne życie.

Wieczorem dopływamy na kraniec wyspy - do zatoki Avea. Stoimy na kotwicy wraz z dwoma innymi jachtami oraz… pływającym domkiem. W pierwszej chwili myślałem, że to jakaś knajpka dla żeglarzy. Okazało się jednak, że to jakby domek letni, przy czym pamiętajmy, że tutaj lato trwa okrągły rok. Panele słoneczne, dwa stoliki z krzesłami, kanapa, kuchnia otwarta na taką jakby werandę. Do wnętrza chatki nie udało się zajrzeć z pontonu, ale z pewnością znajduje się tam duże wygodne łoże. Największy uśmiech pojawił się na mojej twarzy gdy ujrzałem budę a obok niej dość dużego psa. Drzewka biedaczysko to tutaj nie uraczy.

 

Jaki kraj taki domek letniskowy.

 

Na pobliskim brzegu niewielki hotelik a wzdłuż plaży rafa koralowa – najlepsza chyba od wysp Tuamotu. Ja upodobałem sobie szczególnie jeden niewielki koral, zbudowany z takich miękkich haczykowatych pręcików obleczonych bardzo delikatną przypominająca aksamit ochronną powłoką. A pośród tych pręcików mnóstwo kolorowych małych rybek. Jedne dość szybko się płoszą na mój widok i chowają w głębi koralu, inne patrzą z zaciekawieniem nieco dłużej by też w końcu dać nura w jakąś szczelinę. Wcale się im nie dziwię, gdybym zobaczył sam siebie w tej masce i rurce gdzieś pod wodą też dał bym głębokiego nura. Kręciłem się wokół tych rybek dość długo nagrywając krótkie filmiki z różnych ujęć. Mam już nawet pomysł na krótką etiudę filmową pod Tytułem „Krótka historia z życia pewnego koralowca”. Zmontuje go w Papeete – no tak, wszystko odkładam do Papeete, tylko czy wystarczy potem na to wszystko czasu.

 

Jaka okolica takie molo…

 

Wieczorem znów leżę na zewnątrz w kokpicie i zerkam ukradkiem na gwiazdy. Dookoła błogi spokój, może nie licząc hałasu generowanego przez fale przyboju rozbijające się na pobliskiej barierze koralowej. Trochę to brzmi jak przejeżdżający gdzieś w oddali pociąg, słychać bardziej jego szum niż stukot kół. O czym by tu sobie pomyśleć, a może pomarzyć? Pierwsze myśli które przychodzą dotyczą tego, że jest mi dobrze. Trochę jakbym był na niekończących się wakacjach. Tylko te wakacje stały się moim codziennym życiem, moja koja jest moim pokojem, miejscem tylko dla mnie, z półeczką, siateczką i niewielką szafką. Takie moje tymczasowe mieszkanko które ma może dwa metry kwadratowe. Dzień leci za dniem, podczas tych ostatnich przemieszczamy się góra o kilka, no może kilkanaście mil. Codzienne wyprawy na snorkowanie na rafę, spacer wzdłuż wybrzeża kolejnych odwiedzanych wysp, czasem nurkowanie. Czyż nie jest super? Jest, a ja mam tego świadomość.

Dziś po prostu nadawał Bolo


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.