Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

09.10.2016

Kotwicowisko w zatoce Opunohu na wyspie Moorea jest wyjątkowe. Tym razem nie popłynęliśmy w głąb zatoki tylko na niebyt głęboki pas nieco z boku wejścia do niej, ale już po wewnętrznej stronie bariery koralowej, która bardzo dobrze chroni przed długimi martwymi falami z oceanu. Niecałe sto metrów od nas znajduje się publiczna plaża, z białym drobnym piaskiem, zagajnikiem pal kokosowych i wieloma stolikami i ławkami aby ułatwić biesiadowanie plażowiczom. Coś, czego od dawna nie spotkaliśmy na plaży to prysznic ze słodką wodą, niejednokrotnie z niego skorzystamy oszczędzając własne zapasy. Między nami a plażą znajduje się jeszcze niezbyt szeroki pas rafy koralowej, w której z pewnością tli się niejedno podwodne życie i którą z pewnością podczas postoju będziemy eksplorować.

 

U bram zatoki Opunohu na Moorea.

 

Badając wzrokiem dalszą okolicę łatwo zauważyć domki na wodzie tworzące Resort Hilton, pojedyncze domki okolicznych mieszkańców, główną drogę otaczającą wyspę i przebiegającą wzdłuż plaży i na nasze szczęście niewielki sklep spożywczy który będzie źródłem zaopatrzenia w świeże produkty. Poza tym odległą scenerię stanowią strome szczyty górskie, tak charakterystyczne dla większości wysp Towarzystwa.

 

Hotel Hilton – ładnie ale nudno.

 

Dziś Marcin z Magdą postanowili zorganizować wspólnego grilla. Tylko jak to zrobić gdy się nie ma ani węgla, ani samego grilla. Otóż odpowiedź jest prosta - trzeba na grilla zaprosić Tashę z Cheeky Monkey i skorzystać z tego, że posiada wypożyczony samochód. Wyprawa do większego lepiej zaopatrzonego sklepu kończy się sukcesem i poza ogrodowym grillem w rozmiarze walizkowym mamy jeszcze dwa worki dziwnie ciężkiego brykietu. W tym samym czasie w kuchni Natalia przygotowuje solidne porcje mięsa wołowego, nacierając je tajnymi składnikami, a Magda dorzuci jeszcze sałatkę warzywną i ciasto typu murzynek, które obcokrajowcom przedstawiamy jako „nigger boy”, łamiąc przy tym wszelkie zasady poprawności społecznej, ale „afroamerican boy” brzmi jakoś komicznie.

Pozostało już jedynie rozpalić grilla, co nie powinno nastręczać problemu gdy w zbiornikach chlupocze w pogotowiu kilkaset litrów diesla. Nie był jednak potrzebny, pomimo, że z tym rozpalaniem Marcinowi za bardzo nie wyszło. Zakupiony brykiet, pięknie opisany po francusku na opakowaniu, okazał się brykietem do grili elektrycznych, czyli niczym innym jak niewielkimi kamieniami ze skał wulkanicznych, których celem jest przejęcie ciepła z grzałek elektrycznych i utrzymywanie go przez dłuższy okres czasu (tak samo jak kamienie w piecykach elektrycznych w saunach), ale podpalić tego się na pewno nie uda, nieważne ile kokosów zużyjemy dla podtrzymania ognia. Zlitował się nad nami tubylec siedzący nieopodal nas, śmiejąc się być może do rozpuku pod nosem, zaproponował podwózkę na pobliską stację benzynową celem nabycia nieco bardziej palnych surowców. Tak więc impreza została uratowana.

 

 

Biesiadujemy na plaży – smaczne steki i murzynek.

 

Tęskniłem za smakiem lekko okopconego steka z wołowiny. Także kurczak i dość pikantne niewielkie kiełbaski ochoczo znikały w naszych brzuchach, a najmniejszą popularnością cieszył się chleb, ale kto by jadł chleb skoro tyle dobroci na stole. Skorzystała z nich jakaś lekko podstarzała i dobrze już podchmielona (albo podrumiona) lokalna Lady, która zwietrzyła łatwe wypełnienie swojego brzucha i znając kilka słów po angielsku dosiadła się do nas niby na chwilę, a zjadła ze trzy kilogramy wałówki popijając wszystkim co znalazła luzem na stole. W końcu udała się do swojego samochodu - na szczęście na drzemkę.

Biesiadowanie przeciągnęło się do późnej nocy, a rozmowy zdominowały tym razem polsko-amerykańsko-brytyjskie problemy społeczne, historie miłosne par na morzu oraz trudne relacje w małżeństwach – czyli dość ciężkie tematy. Niektóre z nich bardzo osobiste, więc nie będę ich tu przytaczał.

 

10.10.2016

Jesteśmy skażeni wyspami Tuamotu. Pisałem już o nurkowaniu, które na Fakaravie było fantastyczne i trudno nam odnaleźć porównywalną scenerię na Tahiti czy Moorea. Podobnie jest ze snorkowaniem. Upodobaliśmy sobie to zajęcie z Magdą, Natalią i Marcinem i przy każdej okazji udajemy się pontonem na jakąś pobliską rafę celem leżenia plackiem na wodzie i obserwowaniem podwodnego życia małych i średnich rybek, a czasem i żółwia, małego rekina czy płaszczki. Niestety tutaj na Moorei, pomimo przeprowadzonego wcześniej zwiadu informacyjnego w ogólnodostępnych materiałach i lokalnych centrach nurkowych, w ponoć najlepszych polecanych miejscach do snorkowania napotykamy… prawie pustynię. No może nie dosłownie, kilka rybek pływa dookoła nas, ale po wielogodzinnych eksploracjach wodnych na Rangiroa, Toau czy Apataki tutaj uznajemy, że nic wlaściwie nie ma. Teraz dopiero doceniamy bogactwo życia które obserwowaliśmy na tamtych atolach.

 

Wcale nie łatwo spotkać zółwia – tego namierzyliśmy podczas nurkowania.

 

Lekko rozczarowani wracamy na jacht, a niewykorzystane z Natalią siły wykorzystujemy na ogolenie długiej już dość brody porastającej dookoła Wassyla, a przyznać muszę, że przy tej pracy trzeba się i namachać płetwami i nałykać nieco morskiej wody.

 

12.10.2016

Dziś ma być wielki dzień – dzień z wielorybami. Wraz z Natalią odliczyliśmy po osiemdziesiąt dolarów z topniejącej kupki z walutami które zabraliśmy na rejs i wykupiliśmy w pobliskim hotelu Hilton wycieczkę oferującą pływanie z wielorybami i płaszczkami. O ile te drugie są dokarmiane i pewne że je spotkamy, o tyle Humbaki które przypływają w pobliże Moorei i Tahiti z zimnych wód antarktycznych aby tu wydać na świat potomstwo uda się nam  spotkać lub nie. A nawet jeśli napotkamy je na oceanie w pobliżu rafy, to nie zawsze można w ich pobliżu wskoczyć do wody i im chwilę potowarzyszyć. Ale jak mawia przysłowie „kto nie ryzykuje ten nie jedzie” – więc zaryzykowaliśmy.

O mało się nie spóźniliśmy na wycieczkę bo mi się coś pomieszały godziny. Odbijamy od brzegu i z rykiem silników o mocy trzystu koni mkniemy wewnętrzną laguną na północno wschodni kraniec wyspy. Organizatorzy wycieczki ponoć dostrzegli coś, czego my nie widzieliśmy i czekamy spokojnie na wieloryba który nurkuje gdzieś pod nami. Ale  nurkuje na tyle długo i głęboko, że jednak przewodnicy zmieniają decyzję i ruszamy dalej. Tak po kilku postojach i oczekiwaniu na jakiegoś humbaka udaje się nam wreszcie wypatrzyć jednego, całkiem niedaleko miejsca w którym kotwiczymy Wassylem. Na powierzchni co chwilę pokazuje się grzbiet małego humbak. Mały to on jest tylko z nazwy, bo ma już dwa miesiące życia za sobą, osiem metrów długości i około tonę wagi. Jesteśmy z Natalią w pierwszej grupie która schodzi do wody i płynie w kierunku gdzie był widziany ostatnio. Woda jest trochę mętna, jakby pływało w niej dużo planktonu albo jakichś rozpylonych pyłków. Mimo to udaje się nam go dostrzec. Podłużne wielkie cielsko powolnie ale i z pewną gracją obraca się przed naszymi oczyma i daje nura gdzieś w głębinę. Czekamy jeszcze kilka minut na jego wynurzenie, ale przewodnik zarządza powrót na łódkę celem zabrania do wody drugiej grupy. Oni mieli mniej szczęścia, gdyż dojrzeli go tylko na powierzchni wody, w nieco większej odległości. I to tyle… siedzę trochę zadowolony ale i trochę rozczarowany. Widziałem wieloryba pod wodą, pływałem z nim, ale dlaczego tak krótko, raptem kilkanaście sekund z wzrokowym kontaktem. Chcę więcej... ale tego akurat plan wycieczki nie przewiduje, zegarek cyka, odmierza kolejne minuty, a my dość dużo czasu poświęciliśmy na poszukiwania wieloryba. Musimy ruszać dalej, do płaszczek, rekinów i wodnego ptactwa.

Na dość dużym piaszczystym wypłyceniu od lat okoliczni przewodnicy i organizatorzy wycieczek dokarmiają płaszczki. Te przyzwyczajone do łatwego zdobywania pożywienia tak zaznajomiły się z ludźmi, że pozwalają sobie się z nimi bratać. Wystarczy niewielka rybka w dłoni a kilka płaszczek od razu podpływa do ciebie, otaczają cię zewsząd, właściwie to wpływają na twoją pierś przytrzymując się swoimi dość dużymi płetwami. Bez problemu można ich dotykać, głaskać, spojrzeć z bliska prosto w wyłupiaste oczy. To spotkanie i zabawa z nimi jest ciekawym i niespotykanym przeżyciem, chociaż ja mam jednak mieszane odczucia. Troszkę to wszystko sztuczne, wyuczone, zaaranżowane. Chyba już wolę spotkać niedokarmianą płaszczkę na jakimś atolu, w jej naturalnym środowisku, popływać trochę za nią, bo ta wcale w rzeczywistości nie chce się przytulić tylko spokojnie odpływa w przeciwnym kierunku nie szukając zwady. Podglądanie naturalnego świata z jej mieszkańcami jest dla mnie dużo bardziej fascynujące.

Wycieczka dobiegła końca, a my zadowoleni i szczęśliwi, że choć przez chwilę pływaliśmy obok wieloryba wracamy na jacht. Pora ruszać dalej, na kolejną wyspę - Huahine, by tam szukać kolejnych niezapomnianych przygód. Ale w głowie mam na dziś jeszcze jeden plan, wcale nie jakiś tajemniczy choć nie łatwy w realizacji. Plan w skrócie polega na tym aby przy odpływaniu z Moorei poszukać na własną rękę jakiegoś baby-humbaka i popluskać się koło niego w wodzie. Dlatego płynąc wzdłuż bariery koralowej cały czas przeczesuje wzrokiem wodę dookoła nas, szukając wynurzającego się ciemnego grzbietu który wypuszcza małą fontannę wody i zaczerpuje świeżego powietrza. Jest, jest taki jeden, całkiem niedaleko od nas. Zmieniamy kurs i podpływamy na kilkadziesiąt metrów. Mały humbak co pewien czas daje nura pod wodę aby po kilku minutach wypłynąć ponownie na powierzchnię by się chwilę potaplać. Daję z łódki nura do wody i płynę w pobliże miejsca gdzie go widziałem ostatnio. Ten pojawia się jakieś sto metrów dalej, więc znów tam płynę i czekam aż się wynurzy. Przejrzystość wody nadal nie jest zbyt duża, oczywiście jak na standardy oceaniczne, nie porównuje tego do widoczności w Bałtyku na polskim wybrzeżu. Trudno dostrzec tego „malucha” gdzieś w głębinach, czekam więc obserwując powierzchnię wody, musi się w końcu pojawić by zaczerpnąć powietrza. I pojawił się, a ja jestem już całkiem blisko niego, widzę nawet pod wodą zarys jego czarno białego cielska i charakterystycznych płetw porośniętych jakby muszlami.  Gdy dał ponownie nura nie zniknął mi z oczu całkowicie. Tym razem widziałem go ciągle pod wodą na głębokości kilkudziesięciu metrów i przesuwałem się nad nim na powierzchni aby być w miarę blisko jak się wynurzy. Gdy to zrobił byłem od niego może dwadzieścia metrów. Tym razem był bardzo blisko, kręcił się, obracał, dawał nura by za chwilę wynurzyć się nad wodę. Na nas, bo w wodzie byli także Natalia, Magda, Marcin i kilku turystów z innej łodzi w ogóle nie zważał. Ale kogo ma się bać, przecież to największe zwierzę żyjące na ziemi. Nie ma naturalnych przeciwników, jest królem oceanu i robi co chce. I robił co chciał, dał się jeszcze poobserwować po kolejnym wynurzeniu, a potem zwabiony przez matkę która zapewne obserwowała te zabawy gdzieś z głębin popłynął do niej i już wspólnie pokazały swoje grzbiety odpływając w dal.  

 

 

Zobaczenie na własne oczy wieloryba to ogromne przeżycie, a pływanie tak blisko niego widząc i czując dokładnie jego ruchy, zachowanie, zabawę w wodzie, to emocje których nie da się opisać słowami. To jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu, z pewnością taki, który na zawsze zapamiętam. Ach…, jest pięknie.

Po ochłonięciu, co jak łatwo się domyślić wcale nie trwało tak krótko stawiamy żagle i wykorzystujemy niezbyt silny wiatr umożliwiający jednak spokojną żeglugą w kierunku wysp zawietrznych. Jak to bywa na Polinezji, droga nie powinna być zbyt długa, w ciągu doby mamy zamiar rzucić kotwicę gdzieś na uboczu szlaków turystycznych.

 

Z kotwicowiska nadawał Bolo


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.