Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

03.10.2016

Dziś wczesnym rankiem po ponad dwóch tygodniach postoju ruszamy dalej. Na pobliską wyspę Moorea, do miejscowości Vaiare, gdzie znajduje się jedyna na wyspie marina. Przelot znów nie należał do najtrudniejszych, zeszło nam niecałe trzy godziny motorowania, bo wiatr zupełnie ucichł. Przed wejściem do laguny wywołuje port Vaiare przez radio i proszę o pozwolenie na wpłynięcie do środka i do mariny. Jegomość po drugiej stronie fali nośnej informuje mnie jednak, że w marinie nie ma miejsc, że trzeba było je rezerwować wcześniej i ogólnie zniechęca do odwiedzin tego miejsca.

Dziękuję mu za tą informację, odkładam słuchawkę od radia i… kontynuuję zaplanowaną trasę. W marinie faktycznie dość tłoczno, widać że prawie wszystkie łódki należą do rezydentów lub stoją tu od długiego czasu. Ale bez trudu wypatruje kilka wolnych miejsc. Cumujemy rufą do kei i odwiedzam gościa w pobliskiej chatce który okazuje się pracownikiem przystani. Także on powtarza, że nie ma miejsc, a tam gdzie akurat zacumowaliśmy należy już do kogoś kto akurat wypłynął. Udaje się jednak uprosić o jeden dzień postoju, a do biura mariny gdzie dokonam formalności papierkowo-finansowych muszę się udać na drugą stronę zatoki. Całość jednak kończy się pomyślnie, możemy stać.

 

Marina Vaiare
Marina Vaiare

 

Dookoła właściwie nic nie ma. Tu i ówdzie porozrzucane domki, nieopodal duży terminal promowy, to tędy znaczna liczba mieszkańców dopływa codziennie do pracy w Papeete. Prawdopodobnie dlatego wybudowano tu też duży sklep spożywczy, prawie supermarket, co w miejscowości liczącej może tysiąc mieszkańców jest niespotykane i dziwnie wyglądające. I to właściwie jedyna atrakcja lądowa w okolicy. Może zatem znajdziemy coś ciekawego pod wodą, pompujemy więc ponton i planujemy wycieczkę na pobliską lagunę jutro tuż po śniadaniu.

 

04.10.2016

Moorea zasługuje na miano pięknej wyspy, po środku niej znajdują się niemal pionowe wzgórza sięgające ponad tysiąc metrów, dookoła otoczona jest laguną i rafą koralową. To właśnie wzdłuż drogi dookoła wyspy pobudowały się hotele, pensjonaty i bungalowy. Na szczęście w tahitańskim stylu, z drewna i strzechy, czasami posadowione na palach na wodzie. Do tego występuje tu turkusowa woda oraz niewielkie zatoki, co nadają całej wyspie uroku. Tak, to jedna z wysp która znajduje się na folderach turystycznych na całym świecie. 

 

Da się żyć… – Resort Intercontinental

 

Ciekawe, że w dawnych czasach wyspa ta była wysoko zaludniona. Pierwszym europejczykiem który dopłynął tu w 1767 r. był Samuel Wallis. Od około 1800 pojawili się tu misjonarze i coraz więcej europejskich najeźdźców (tak, nie boję się takiego określenia, w moim mniemaniu nie byli to ani emigranci, ani pokojowi przybysze z dalekich krajów tylko najeźdźcy). Przywieźli ze sobą broń, alkohol i nieznane tu wcześniej choroby. Wszystko to zdziesiątkowało mieszkającą od stuleci społeczność. W kolejnych wiekach tubylcy żyli tu w miarę spokojnie uprawiając koprę i wanilię, dziś ich główne źródło utrzymania to turystyka, przynosząca aż 80% dochodów.

Tak jak zaplanowaliśmy po śniadaniu ruszamy naszym pontonem na podbój okolicznej rafy koralowej. Oddaliliśmy się dość daleko on mariny płynąc wzdłuż brzegu w głąb laguny. Przejrzystość wody wzorowa, kolory jak z pocztówki, tylko rybek pod wodą brak. Co pewien czas wykonujemy testowe nurkowanie – i nic, kilka rybek, martwy koral, pustynia. Rozpieszczeni poprzednimi wspaniałymi snorkowaniami na atolach Tuamotu nie znajdujemy przyjemności pływania w wodzie w której nie kwitnie bogate podwodne życie. Przenosimy się więc na druga stronę laguny, ale pod wodą niewiele się zmienia i nieco zrezygnowani wracamy na łódkę. Odbijemy sobie tą porażkę może podczas następnego postoju.

 

05.10.2016

Zapasy coli uzupełnione, świeża bagietka zakupiona, lody Magnum zjedzone. Możemy płynąć dalej. Za kołem sterowym na manewrach Grześ, niech się uczy jak okiełznać Wassyla. Spokojnie opuszczamy marinę i kierujemy się na północ Moorei, do głębokiej zatoki Cook’a.

 

Całkiem ładna okolica – zdjęcie wykonane z pokładu Wassyla na kotwicowisku w zatoce Cook’a

 

Ileż to zatok Cook’a jest na świecie, na pewno dziesiątki, noszą często jego nazwę na pamiątkę lądowania na brzegu tego zacnego kapitana i podróżnika podczas jego wielu długich rejsów. Tyle że na Moorei prawdopodobnie desantował się w zatoce obok, więc skąd to przesunięcie? Może w tym czasie na wyspie odbywał się jakiś festiwal i było niezłe palenie… tak czy owak rzucamy kotwicę w głębi zatoki tuż obok niewielkiej stacji benzynowej i malutkiego hotelu składającego się z kilku domków z bali pokrytych strzechą. Dookoła wysokie pionowe wulkaniczne góry, Krajobraz przypominający Markizy, choć od razu widać że tu jest bardziej turystycznie.

 

Syrena w zatoce Cook’a

 

Pierwszą stopę na lądzie stawiam tuż po zachodzie słońca. Wędrujemy z Natalią, Magdą i Marcinem wzdłuż drogi która oplata wyspę. Nagle przypominamy sobie, że gdzieś tu powinna być Tasha, dziewczyna z katamaranu Cheeky Monkey, która przypłynęła tu kilka dni temu promem aby w tych pięknych okolicznościach przyrody zrobić kurs nurkowy. Szybki SMS do niej wyjaśnił sprawę i po dwudziestu minutach wszyscy razem siedzimy w przydrożnej pizzerii „Allo Pizza”. Korzystając z faktu, że Tasha jest w posiadaniu samochodu z wypożyczalni umawiamy się na jutro na wspólny wypad na punkt widokowy i oglądanie zachodu słońca.

 

06.10.2016

W ramach popołudniowego spaceru docieram do sklepu z pamiątkami z Markizów. Rzeźbione posągi Tiki nie są już w sferze moich zainteresowań, odnajduje jednak reprodukcje malowideł pewnego lokalnego artysty O. Louze (poszukajcie w Internecie - warto). Jedna z jego prac na tyle mi się spodobała, że zawróciłem z drogi ponownie do sklepu by ją nabyć. To tylko reprodukcja za 30 USD, oryginał był by z pewnością piękniejszy, ale ten kosztuje już dwudziestokrotnie więcej.

 

Nasz okręt i łódź desantowa okiełznana przez bosmana.

 

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami w sześć osób ładujemy się do Forda Fiesty prowadzonego przez Tashę i ruszamy na pobliski punkt widokowy o nazwie Bélvèder. Widoczek z niego niczego sobie – przed nami obie zatoki pomiędzy którymi niemal pionowo pnie się góra Rotui wzbijając się na blisko dziewięćset metrów. Rozkładamy aparaty fotograficzne i nagrywamy zachód słońca na Moorea.

 

Widoczek pierwsza klasa tylko kluczyki do kłódek gdzieś pogubione.

 

Zatoka Opunohu i Cook’a rozdzielone 900 metrową górą Routi.

 

Płynący powoli czas sprzyja rozmowom o życiu, śmierci i… nurkowaniu. Od słowa do słowa i umówiłem się na jutro wraz z Natalią i Patrycją na wspólne nurkowanie u północnych wybrzeży Moorei.

 

07.10.2016

Gdy ktoś swoje pierwsze nurkowanie (albo jak w moim przypadku pierwsze po dłuższym czasie) zalicza na Fakaravie, jednym z najpiękniejszych i najbardziej ciekawych miejsc do nurkowania na całym Świecie, to nie jest łatwo później osiągnąć efekt ‘WOW’ w kolejnych nieco uboższych miejscach. Dlatego spotkanie z kolejnym żółwiem, ławicą kolorowych karpikowatych rybek, mureną wystawiającą zębiska z jakiejś dziury nadal cieszą, ale już nie zaskakują. Tym razem podczas nurkowania największą atrakcją mają być rekiny - i tak się faktycznie dzieje. Już tuż po zanurzeniu dookoła nas krąży kilka niezłych okazów, może nie takich jak w filmie „Szczęki” ale mimo wszystko robiących wrażenie. Nasz instruktor z premedytacją wabi rekiny i inne rybki umieszczając w wodzie kubeł z ukrytymi wewnątrz kawałkami rybich głów, do którego lgnie wszystko co w pobliżu i co żywi się rybią padliną. W pobliżu tego zgiełku jestem i ja, kręcąc podwodną kamerą tę wirówkę ryb walczących o skrawek pożywienia.

 

I pod wodą bywa całkiem tłoczno.

 

Przeżyłem ATAK REKINA – brzmi strasznie ale w sumie to prawda. Może sam atak nie był do końca groźny i raczej nie zamierzony, ale spotkaliśmy się dosłownie „twarzą w twarz”, wręcz zderzyliśmy. Otóż podczas filmowania owych rybek które pływały wokół jedzonka  tak gęsto, że niemal nie było przez nie prześwitu, pewien rekin postanowił dokładnie od drugiej strony wbić się w tą gromadkę szukając skrawka pożywienia dla siebie. Ryby się w ostatniej chwili rozpierzchły a on metr dalej po drugiej stronie napotkał… mnie. Odbił się od mojej ręki i nieco zdziwiony i spłoszony odpłynął w bok. Ja też nie zdążyłem się za bardzo wystraszyć, gdyż zauważyłem go dopiero w momencie jak we mnie „puknął”. Ale mam z tego zdarzenia - zderzenia filmik, więc będę wszystkim dziewczynom po rejsie opowiadał jak to walczyłem z rekinem i musiałem go zdzielić pięścią w nos. A co tam, będę bohaterem.

 

Atak rekina – czyli tuż przed kolizją z moją ręką.

 

08.10.2016

Przy okazji przemieszczania się do kolejnej zatoki o nazwie Opunohu polujemy na wieloryby. Oczywiście nie dosłownie, póki co polujemy wzrokiem i aparatami fotograficznymi. Od września do listopada w tych regionach przebywają tutaj dość licznie samice Humbaków wraz ze swoim młodym potomstwem. Można nawet przy odrobinie szczęścia popływać w ich pobliżu.

Powoli płyniemy na zachód wzdłuż bariery koralowej, a ja bacznie obserwuję wodę aż po horyzont. Nagle, w odległości około pięciuset metrów wyskakuje wysoko nad powierzchnię wody olbrzymie cielsko wieloryba. W trakcie swojego krótkiego lotu nad powierzchnią zdążył się obrócić na plecy i z impetem uderzyć o taflę wody wzbijając do góry wodę tak mocno, jak przy wybuchu niewielkiej bomby. Aaaaa… jaaaakiiii wieloryb! – tylko tyle udało mi się w pierwszej chwili krzyknąć do pozostałych. Zmieniamy szybko kurs w tym kierunku i nieco przyspieszamy. Przed nami kilka wielorybów, dorosłych i małych co chwilę ćwiczy różnego rodzaju pozy w wodzie. Wyraźnie widać, że mamy uczą potomstwo figur i określonych zachowań. A to wynurzy się sam dziobek, a to robią na zmianę piruety klepiąc przy tym płetwami o powierzchnię wody. Co pewien czas wyskakują nad powierzchnię z plaskiem uderzając w wodę. W pewnej chwili byliśmy bardzo blisko od nich, może ze trzydzieści metrów.

 

Czyżby zachęta do zabawy? – tuż przy naszej burcie

 

Podnieceni całą sytuacją szybko wkładamy maski i płetwy i przy niemal całej prędkości Wassyla siup do wody. Niestety wieloryby nie zwróciły na nas zbytnio uwagi i płynęły dalej w swoją stronę, a my nie byliśmy w stanie ich dogonić. Po wyjściu na łódkę jeszcze przez kilka minut oglądamy te pokazy, zakończone pięknym pełnym piruetem w powietrzu jakiegoś „młodziaka” tuż za naszą rufą. Potem wieloryby poszły w morze, a my do zatoki na kotwicę, mając jednak nadzieję, że jeszcze się spotkamy, bo wspólne pływanie z wielorybami nadal jest na naszej liście „to do”.

 

Kończę, bo właśnie rozpalamy grilla – przecież to nasz narodowy sport – nadawał Bolo

PS. To tu rozpalamy grilla:

 

 

 


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.