Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

11.09.2016

Raju nie ma… jestem tym atolem rozczarowany. Dwie główne tutejsze miejscowości są oddalone od siebie o dwanaście kilometrów, więc trzeba raczej łapać stopa niż spacerować w ostrym słońcu. Główna droga przez miejscowość Tiputa przypomina nasze drogi po ostrej zimie, dziureczka na dziureczce, a jej brzegi mocno postrzępione. Okoliczne domki są dość rzadko rozmieszczone i ukrywają się w jakiś krzaczorach i zaroślach, bo ciężko otaczającą ich zieleń określić jako pielęgnowaną. Same domy też wyglądają jak by miesiąc temu przeszedł huragan – dookoła nich bałagan, a chata często trzymana jest przez liny przerzucone przez dach i dociążone na krańcach workiem z piaskiem. Podsumowując jest tu jakiś bajzel, zero dbania o ogóły i szczegóły, zero finezji i polotu.

Perełką pośród tej brzydoty jest luksusowy resort Kia Ora (występujący najczęściej na naszych zdjęciach). Kilkadziesiąt dopiero co odnowionych stylowych drewnianych domków pokrytych strzechą, w tym kilkanaście z nich wybudowanych na palach nad wodą. Do tego trzy małe sklepiki z okropnie drogimi pamiątkami i perłami oraz duża recepcja. Całość mieści się pośród ładnie wypielęgnowanej zieleni i palm kokosowych. Oko dopieszcza intensywny błękit wody, dokładnie taki jak w folderach turystycznych. Można by tu z pewnością poleżeć do góry brzuchem przez kilka dni i wypoczywać jak bogacze, tylko ta cena – pięćset dolarów za domek standard, albo tysiąc dolarów za exclusive. Nie, nie za tydzień, za jeden dzień – MASAKRA.

Przewijają się tu i ówdzie po miejscowości turyści, nie ma ich wcale tak wielu, ale wystarczyło to aby pojawiło się kilka restauracji i knajpek. W każdej można zjeść rybkę przyrządzoną na różne sposoby, od tatara, poprzez sashimi do grilowanych steków. Jeśli ktoś woli coś cięższego to zadowoli się stekiem wołowym z frytkami lub hamburgerem. Ja przy okazji konsumpcji korzystam z Internetu, który wreszcie działa na akceptowalnym poziomie, dzięki czemu nasza strona internetowa została wzbogacona o kolejną porcję zdjęć z podróży.

Skoro nie zaspokaja naszej ciekawości to co znajduje się nad poziomem morza to może lepiej będzie pod? I to jest strzał w dziesiątkę. Codziennie po śniadaniu z Marcinem, Magdą i Natalią płyniemy pontonem do pobliskiej malutkiej wyspy otoczonej rafą koralową i oblewaną silnym strumieniem oceanicznej wody wchodzącej akurat przesmykiem do laguny. Pływanie w silnym prądzie to dla nas nowe fascynujące przeżycie, a że po drodze mijamy naprawdę tysiące różnych rybek to trudno nas wyciągnąć z wody. Udaje nam się nurkować z żółwiem, w gęstej ławicy karpiowatych ryb, pośród metrowych rekinów oraz uciekać przed mureną. Marcin pozyskuje niektóre okazy strzelając do nich z kuszy, oczywiście lądują one później na patelni a dalej w naszych brzuchach. Ten kolorowy podwodny świat jest naprawdę przepiękny, muszę tylko zaopatrzyć się w lepszy sprzęt do snorkowania oraz poćwiczyć technikę tak, abym czuł się jak ryba w wodzie – to niedościgniony ideał.

Z maską i fajką na buzi nadawał Bolo


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.