Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

22.06.2016

O poranku przed dziobem pojawiły się górzyste wyspy, a pośród niej największa Mangarewa. To nasz pierwszy polinezyjski atol. Powstają one wskutek wypiętrzania się góry, zazwyczaj wulkanicznej. Gdy już góruje ona nad okolicą tworząc dość regularną okrągłą wyspę, dookoła niej zaczyna rosnąć rafa koralowa. Po odpowiednio długim czasie wyspa zaczyna się powoli zapadać. Jej powierzchnia powoli się zmniejsza, a pomiędzy rafą a wulkanem pojawia się coraz więcej płytkiej wody, na której wyrastają kolejne rafy koralowe. W końcu wyspa znika pod wodą pozostawiając jedynie niewielki skrawek lądu znajdującego się na pierwotnej rafie, wewnątrz zaś jest już tylko woda.


Ten twórczy proces odbywa się niemal na całym Pacyfiku, a napotykane tu wyspy są w różnym stadium rozwoju. Rosnące wulkany tworzące wyspy to na przykład wyspy Towarzystwa. Atol Gambier do którego się zbliżamy to stadium drugie, wyspa się powoli zapada, a wewnątrz rafy koralowej napotkamy już duże ilości wody i innych małych wysepek. Najlepszym przykładem fazy ostatniej – zewnętrznej rafy ze skrawkami lądu są wyspy Tuamotu. Wszystkie je zamierzamy odwiedzić.

Do atolu wchodzimy przez zewnętrzną rafę, ale tu w południowej części jest ona dość głęboka, około dziesięć metrów. Mamy do pokonania jeszcze dziesięć mil morskich omijając niewielkie wysepki i płytkie rafy które wyrastają tu dość nieregularnie. Tuż przed kotwicowiskiem przy jedynej miejscowości na wyspie o nazwie Raiatea znajduje się kolejna wewnętrzna, płytka rafa. Przepływamy przez nią krótkim krętym kanałem, na szczęście oznakowanym bojami. Wewnątrz kotwiczy około dziesięć jachtów, więc musimy chwilę się pokręcić aby wybrać dogodne miejsce postoju.

„Rzuć kotwicę, sześćdziesiąt metrów łańcucha” – rzucam w stronę Marcina. Tak stoimy - przed nami Polinezja Francuska.

Kotwiczymy może pięćdziesiąt  metrów od brzegu, nieopodal niewielkiego porciku w którym można bezpiecznie lądować pontonem. Odprawa wjazdowa jest nieco inna od tych które przechodziłem przez ostatnie kilka miesięcy, a to dla tego że skończyły się Armady i Prefektury a rozpoczęły Gandarmerie, a język hiszpański został zastąpiony językiem francuskim, w którym biegle znam może ze trzy słowa.

Polinezja Francuska to prawie Francja, czyli prawie Unia Europejska. Procedura odprawy jest uproszczona, chociaż ciekawostką jest to, że wypełniony dokument wraz z listą załogi musiałem wysłać pocztą do Papetee. Zezwolenie na pobyt jest ważne przez dwa lata, szkoda tylko że pieczątek nam w paszportach nie przybili, zawsze to by była jakaś pamiątka.

Rikitea to największa w atolu miejscowość licząca kilkuset mieszkańców. Kiedyś mieściła się tu siedziba wojsk francuskich które nadzorowały przeprowadzane na atolu Mururoa próby jądrowe. Ostatni wybuch miał miejsce w 1996  roku. Dzień później Francja ratyfikowała, jako pierwsze mocarstwo nuklearne, traktat o całkowitym zakazie prób z bronią jądrową – tacy spryciarze. Ludność polinezyjska do dziś ma pretensje do Francuzów o te wybuchy, czemu się osobiście wcale nie dziwię.

23.06.2016

Dziś pierwszy dzień poświęcony na zapoznanie się z wyspą. Jest kilka sklepików spożywczych, ale ceny powodują u mnie migrenę. Tak dla przykładu: płatki kukurydziane ok. 20 zł, jajko blisko 3 zł, duża coca-cola 20 zł, duża nutella 55 zł (i sprowadzono ją tu z Polski), kilogram kurczaka 30 zł, czekolada 20 zł. I jak tu żyć?

W niemal każdym sklepie możemy wymienić dolary na franki polinezyjskie – i jedne i drugie zbyt szybko mi znikają z portfela. Jest też tutaj poczta, niewielki punkt medyczny, kościół, dwie kapliczki, piekarnia, niewielki urząd miasta który sprowadza się do dwóch pokoików w których są przyjmowani petenci, w tym i ja zamawiający wodę słodką na jacht. Większość budynków rozmieszczona jest wzdłuż głównej drogi zbudowanej z betonowej płyty, ciągnącej się wzdłuż wybrzeża.

24.06.2016

Dzisiaj święto we wsi, albo trafniej dzień roboczo-handlowy. Do niewielkiej kei zacumował statek. Przypływa raz na kilka tygodni dostarczając paliwo, żywność i inne zamówione przez mieszkańców towary. Na kei szum i gwar, pojawiła się niewielka budka w której uiszczane są opłaty za towary, a te najczęściej w dużych kartonach trafiają ze statku prosto na pakę samochodów podjeżdżających pod burtę. Chcieliśmy co nieco kupić i my, głównie żywność, jednak niezamówionych wcześniej towarów nie można nabyć. Udaje się to jedynie z paliwem, dwie dwustulitrowe beczki przepompowujemy do naszych baniaków tankując Wassyla do pełna, a resztę sprzedając naszym znajomym Niemcom i trochę mniej znajomym Francuzom.

Sąsiednią łódką na kotwicowisku jest piękny jacht Sun Odyssey 53DS z Chile, a na jej pokładzie samotnie przebywa Sophia (przez długie i). Szczupła, wysoka, wysportowana, z długimi blond włosami – męska część załogi od razu kierowała w jej stronę długie spojrzenia wspomagane lornetką. Ja w podglądanie bawić się nie lubię więc śmiało podpływam z Natalią i Grzesiem do niej pontonem . Po kilku słowach powitania zaprasza nas na jacht. I tak rozpoczyna się typowa portowa znajomość. Odwiedzamy się wzajemnie, rozmawiamy o swoich podróżach, planach i lokalnych atrakcjach. A męskie zapędy niektórych naszych załogantów? Znacznie ostygły po tym, jak Sophia po raz pierwszy w swoich opowieściach wypowiedziała magiczne słowo ‘my boyfriend”.

 25.06.2016

Wybraliśmy się na wycieczkę wzdłuż wybrzeża. Opuszczając wioskę wchodzimy w busz. Na szczęście nadal jest tu droga, choć już nie betonowa tylko gliniasta, a ta trochę rozmiękła od padających ostatnio deszczów. Przyroda dookoła fascynuje mnie, jej urozmaicenie, intensywność kolorów, różnorodność. Ciekawe jest, że co chwilę mijamy rosnące na dziko drzewa owocowe. Są tu banany, pomarańcze, papaje, limonki, cytryny, pomelo, grejpfruty, kokosy czy też owoce drzewa chlebowego. Można sobie zrywać do woli i konsumować. Oczywiście nie wszystkie są dojrzałe, ale odpowiedni zapas leżakuje już w siatce podwieszonej na naszej rufie.

Polinezja Francuska znana jest z hodowli pereł. Nie inaczej jest tutaj, w atolu Gambier. Spacerując wzdłuż wybrzeża co chwilę napotykamy stojące na palach na wodzie niewielkie domki w których zachodzi proces „zapładniania perłopławu” a po kilku miesiącach wydobywa się z nich perły. Tylko dziesięć procent z nich to cenne okazy, pozostałe wykorzystuje się w produkcji taniej biżuterii lub stanowią odpad. Odwiedzamy jedną z takich farm, a tak prawdę mówiąc to po prostu na nią wchodzimy po długiej drewnianej kładce. Niestety nikogo tu nie ma, więc podpatrzyć jak pracują się nie udaje, ani nabyć kilku perełek, najlepiej za flaszkę która jest tu cennym towarem, a którą zupełnie przez przypadek nosimy w plecaku.

28.06.2016

Wieje i pada – miał być raj a jest jakaś zawierucha. Nikt właściwie od dwóch dni nie udaje się na ląd, trzymamy wachty kotwiczne i sprawdzamy czy szkwały dochodzące do 35 węzłów nie wyrwą naszej kotwicy. Póki co trzyma dobrze, ale czujność trzeba zachować, wieje akurat od morza a do lądu może z pięćdziesiąt metrów, gdyby coś puściło to niewiele czasu zostanie na ucieczkę.

Przy okazji doczytuje w internecie kolejną ciekawostkę o rdzennej ludności Mangarewy, dla mnie tym bardziej ciekawą, że z wykształcenia jestem informatykiem. Otóż używali oni kiedyś do liczenia i dodawania systemu opartego częściowo o system binarny, jeszcze zanim na potrzeby matematyki opisał go Leibniz.

Według norweskich badaczy język z Mangarevy, którego historia sięga co najmniej 1500 roku naszej ery posiada wyrazy na określenie cyfr od 1 do 9. Poza tym osobno występują określenia na liczby 10, 20, 40 i 80 (a to są właśnie kolejne potęgi dwójki pomnożone przez 10). Polinezyjczycy dodawali w sposób tradycyjny cyfry w zakresie 1-9, natomiast do liczenia większych jednostek wykorzystywali system binarny. Gdy w systemie dziesiętnym dodajemy liczby 73 i 80, najpierw dodajemy dziesiątki, a następnie jednostki. Natomiast w języku z Mangarevy dodaje się "czterdzieści, dwadzieścia, dziesięć, trzy" do "osiemdziesiąt". Wynikiem takiego dodawania jest "osiemdziesiąt czterdzieści dwadzieścia dziesięć trzy".
Dzięki takiemu połączeniu systemu dziesiętnego z binarnym dodawanie było dla nich dość łatwe, gdyż wystarczyło zapamiętać wynik dodawania czterech cyfr (1, 2, 4, 8) by dodawać dziesiątki. Być może taki sposób liczenia pojawił się dlatego, że wyspiarze wykształcili kulturę w której rzeczy ważne - takie jak np. orzechy kokosowe - układa się w grupy po 1, 2, 4 i 8. Mieszkańcy Mangarevy prowadzili długodystansowy handel wożąc swoje towary aż na Hawaje, mogli zatem potrzebować metody dodawania dużych liczb. Mangarewiańczycy znaleźli wyjątkowy sposób na skompensowanie niedogodności systemu dwójkowego mieszając go z systemem dziesiętnym, dzięki czemu osiągnęli dużą zręczność w liczeniu na zaawansowanym poziomie. Dziś językiem z Mangarevy włada tylko około 600 osób, a z tego nietypowego sposobu liczenia już się nie korzysta.

Postoimy tutaj jeszcze ze 2 dni a potem chcemy zrobić mały tour dookoła atolu i odwiedzić sąsiednie wyspy i ciekawe zatoczki. Potrwa on pewnie ze 2-3 dni.

Dla tych co dotrwali do końca niespodzianka, pierwsza część galerii z Mangarevy.

Z gwiżdżącym na wantach wiatrem nadawał Bolo


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.