Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

26.05.2016 2145LT

Do wyspy Wielkanocnej pozostało: 328Mm
Ilość usmażonych na obiad hamburgerów: 10
Średnia siła wiatru przez ostatnie 12 godzin: 6kn

Zaczynam mieć wrażenie, że jak dzieje się coś pechowego to akurat na mojej wachcie. A to spada nam w kambuzie na podłogę maszyna do pieczenia chleba, a to przesuwa się ołowiany balast w zęzie. Dwie noce temu jedna z wcale chyba nie największych fal załamuje się nagle tuż obok naszej burty i ochoczo wpada cała do kokpitu. Spada na nas z góry pewnie z kilkaset litrów słonej morskiej wody. Teoretycznie to nie problem, kokpit jest dość pojemy, wszystko w nim jest powiązane a odprowadzenie wody na zewnątrz szerokie i drożne. Mi Mo wszysto Artur poderwał się ze snu i przychodzi sprawdzić co się stało. Zauważa, że trochę wpadło nam tej wody do kambuza przez niedomknięte okienko, ale do tego już przywykliśmy. Praca przez trzydzieści sekund ze szmatą do podłogi rozwiązuje problem. Stoimy tak w nawigacyjnej rozmawiając, a ja słyszę, że coś mi chlupocze za stołem nawigacyjnym. Wkładam tam rękę – sucho, może to jednak woda na zewnątrz spływająca jeszcze półpokładami. Ale odgłos chlupiącej wody nie ustępuje i wygląda jakby wydobywał się jednak z wnętrza.

Gdy Artur wkłada rękę za stół nawigacyjny wody jest tam już kilka centymetrów. Ale jak? Którędy? To niemożliwe... Zastanawiać się będziemy później, póki co szybko wyciągamy wszystko co mogło się znaleźć w jej zasięgu i zbieramy ją szmatami. Niestety leży tam, czyli w wodzie, trochę elektroniki, papierów i mnóstwo kabli ułożonych za ścianką ze sklejki. Po jej rozebraniu okazało się, że woda dostała się do środka przez niedokładnie uszczelniony otwór przez który przebiegają kable z obszernej jaskółki w kokpicie do kabiny nawigacyjnej. Otwór ten jest zlokalizowany dość wysoko nad dnem jaskółki, widocznie wpadło do niej naprawdę dużo wody. Jakoś tą małą katastrofę ogarnęliśmy, ale straty są – nie podniósł się do życia głośnik, zasilacz do mojego komputera popuścił dymem, zasilacz do routera WiFi mruga na niebiesko, ale urządzenia komputer nie wykrywa. Do sprawdzenia pozostała jeszcze drukarka. Najdziwniejsze jest to, że przetrwały moje dwa małe dyski twarde które niemal nurkowały w tej kąpieli. Wniosek jest taki, że nawet w miejscach co do który jesteś pewien że są bezpieczne może zawitać niepożądana porcja wody. Cóż, w końcu jesteśmy na oceanie.

Silny wiatr nie odpuszczał, na szczęście wczoraj wiało z bardziej sprzyjającego kierunku więc udało się płynąć w dobrą stronę. Przez niedziałającą odsalarkę zapasy wody słodkiej na jachcie są mocno ograniczone. Dobrze, nie będę ściemniał, nie ma jej w zbiornikach wcale. Na potrzeby spożywcze wyciskamy jakoś z odsalarki pięć do dziesięciu litrów dziennie, ale o kąpieli pod prysznicem już wszyscy dawno zapomnieli. Ale od czego jest matka natura.

Na ten deszcz polowaliśmy już od wczoraj, wyraźnie był zaznaczony w prognozie pogody. Gdy pokazał się na radarze podniecenie wśród męskiej części załogi podejrzanie wzrosło. Wraz z pierwszymi kroplami deszczu na pokład wyskakuje pięć męskich, prawie nagich ciał. Najpierw lekkie zroszenie, potem namydlanie, płukanie, ekstra płukanie. Marek szybko wyczaił, że hurtowe ilości wody spływają po bomie grota i zajął tą VIP-owską miejscówkę. Słodkiej naturalnej wody prosto z nieba wystarczyło nam na cały cykl kąpieli. Magda z Patrycją chyba nam pozazdrościły czystości i z drugą falą deszczu także skorzystały z prysznica pod chmurką, stojąc przy tym pochylone niczym Małysz w locie, aby przeciwstawiać się szkwałom dochodzącym do czterdziestu węzłów. Ale czego się nie robi dla odrobiny świeżości.

Trzymając w ręku miseczkę z budyniem waniliowym nadawał Bolo.

PS. Zdjęcia z kąpieli zostały ocenzurowane więc wrzucam w zastępstwie fotkę pt. „Czym chata bogata”

 


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.