Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

28.04.2016 2027 LT
Do Wyspy Robinsona Crusoe pozostało: 380 Mm
Ilość zjedzonego na obiad spaghetti: cały duży garnek

Nareszcie znowu w morzu - oj przepraszam, powinno być: nareszcie na oceanie!

Zostawiamy za sobą stały ląd, kontynent, Amerykę Południową. Koniec z ceviche, lobo marinos, sweterkami z lamy, stekami i deszczem (oby…). W nadkomplecie, tj. w dziewięć osób (wrócili Artur i Grześ, Marek „Ciuch ciuch” oraz dotarła w końcu Patrycja), kierujemy się ku bajecznym wyspom południowego Pacyfiku. Przed nami bajkowe plaże, palmy, kokosy, nurkowanie, Polinezyjczycy, dziewczyny przyodziane w kwiaty i spódniczki z liści i leżenie do góry brzuchami. Ale do tego niestety jeszcze całkiem daleko…

Warto napisać kilka słów o Valdivii gdzie spędziliśmy prawie dziesięć dni. Jest to jedno z najstarszych miast w Chile, niestety niewiele zostało tu z dawnych czasów gdyż w latach sześćdziesiątych XX wieku miało miejsce największe zarejestrowane na Świecie trzęsienie ziemi, dziewięć i pół w skali Richtera. Jeżeli dopowiem że całe miasto zapadło się średnio o dwa metry to chyba wystarczy aby wyobrazić sobie skalę tego zjawiska. Mimo to przetrwało kilka pięknych kamienic, które dziś odrestaurowane pełnią funkcję hoteli i pensjonatów i znajdują się w większości przy ulicy General Lagos prowadzącej z naszej mariny do centrum miasta.

Z atrakcji w mieście od razu do gustu przypada nam lokalny targ. Po jednej stronie stoiska z warzywami, owocami, przyprawami. Po drugiej stronie ryby. Te są na bieżąco oprawiane przez wprawnie władających nożem rybaków, za którymi stoją… lobos marinos (uchatka południowoamerykańska). Potężne samce wyciągają mocno swe szyje czekając aż dostaną głowę łososia prosto do paszczy. Widać symbioza w naturze jest tutaj na najwyższym poziomie.

Valdivia to także miasto studentów którzy przyjeżdżają studiować na tutejszym Uniwersytecie. A jak są studenci to są i bary, restauracje i innego rodzaju lokale nocne. Wiele o nich nie napiszę, bo mój, dość leciwy już PESEL nie zachęca mnie do intensywnego nocnego życia, ale pozostała młodsza część załogi mogła by z pewnością to i owo opowiedzieć, na przykład o tym, jak zostać wyrzuconym z lokalu.

Valdivia to jedno z najbardziej deszczowych miast na świecie. Rocznie spada tu ponad dwa metry deszczu. Niestety na własnej skórze przekonujemy się, że jest to prawda. Pada niemal nieustannie, raz słabiej, raz mocniej, ale ciągle pada. A skoro jest deszcz to wybieramy się na zwiedzanie okrętu podwodnego, przynajmniej wewnątrz powinno być sucho.

O’Brien to okręt typu Oberon wyprodukowany przez Brytyjczyków na początku lat siedemdziesiątych. Służbę w chilijskiej marynarce zakończył dopiero przed kilkoma laty, a w jej trakcie patrolował głównie chilijskie wybrzeże, uczestnicząc także w konflikcie o Falklandy (nawet nie dopytywaliśmy po której stronie, ale wielka „miłość” pomiędzy Chilijczykami i Argentyńczykami jest tutaj powszechnie znana). Za każdym razem jak zwiedzam okręt podwodny zastanawiam się, jak w kilkadziesiąt osób radzili sobie na tak małej powierzchni. Koje są tak malutkie, że nie da się spać na boku, do tego są to tak zwane ciepłe koje, czyli jak masz służbę to w tym czasie śpi w niej ktoś inny. Jeśli ktoś z nas chce narzekać na ciasnotę na Wassylu powinien natychmiast zaliczyć zwiedzanie okrętu podwodnego w pięćdziesięciu osobowej grupie, żeby miał porównanie.

W międzyczasie rozegrane zostały Międzynarodowe Mistrzostwa Świata o puchar Wassyla w bilard. W rozgrywkach grupowych Bolo dołożył Marcinowi, Natalia Bolowi, chłopaki dziewczynom, a może dziewczyny chłopakom… trudno było stwierdzić kto wygrał, szczególnie, że poziom wina w niewielkiej pięciolitrowej butelce dość szybko opadał. Wyłonienie ostatecznego zwycięzcy zostało przełożone na czas nieokreślony.

Do tego wszystkiego dokupiliśmy na miejscu tonę jedzenia, nowy silnik do nowego pontonu, kilka kilogramów łańcucha, zestaw drewnianych półeczek i… paprotkę „Ziutę”. Na pokładzie przybyło kilka spawów (spokojnie, okręt się nie rozpada tylko jest innowacyjne unowocześniany), dwa nowe „Bogusie”, silnik i… przez rufę nie da się już przejść. Byle do przodu…

Stojąc na pokładzie, zanurzonego o 10 cm więcej (przez przeładowanie) Wassyla nadawał Bolo (stenotypowała Natalia).

PS. Na zdjęciu zawodnicy turnieju w bilarda podczas przerwy na uzupełnienie zapasów.
 


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.